„Martwe Drzewo”
Wody... uschniętemu drzewu
Twoje odbicie w kałuży, już...
Marzenia Nadzieje Ideały odmalowane na nieboskłonie
Szkarłat pasji
Ty, której nie przestanę kochać, już...
Marzenia, słodsze od cukierków... to tylko zwykłe marzenia
[Nikt nie chce teraźniejszości]
Dlaczego? Dlaczego? Przechodzę przez to wciąż od nowa... Nigdy już nie ukoję bólu
Dlaczego? Dlaczego? Przechodzę przez to wciąż od nowa... W sercu, które uschło...
Miłość, czułość, wolność i pokój
Wskaż palcem Żegnaj
Miłość, w wycelowanej w me czoło broni
Dziewczynka w czerwonym płaszczu stawia czoła rzeczywistości,
przełykając łzy
Dlaczego? Dlaczego? Przechodzę przez to wciąż od nowa... Nigdy już nie ukoję bólu
Dlaczego? Dlaczego? Przechodzę przez to wciąż od nowa... W sercu, które uschło...
„Robak”
Nie mogę nic wyznać nikomu
Nie mogę zawierzyć nikomu
Spójrz...
nie dostrzeżesz wszystkiego
Promienie światła zamierają
lada chwila zgasną
To, czego nie mogę wyznać...
To moja słabość moja przeszłość
Istnieją rzeczy, które zdobędziesz dopiero wtedy,
gdy delikatność z twych rąk
zniknie
Zwyczajna odpowiedź...
Życie zwrócisz białej śmierci
i narodzisz się na nowo
Moje serce się zamyka
Lada chwila się rozpadnie
Dławię w sobie łzy
Dzień za dniem, wypełniony śmiechem
Serce wskazało mi brak sensu,
w który wierzyłem
Ten hipokryta, który mnie zabił
Moje serce się zamyka
Lada chwila się rozpadnie
Dławię w sobie łzy
Dzień za dniem, wypełniony krzykiem
Serce pozostawiło mi sens,
w który ślepo wierzyłem
...Moje serce, które mnie zabiło
„Pokój numer 304, głos poszkodowanych”
Na mej twarzy widnieje uśmiech,
Zaś po policzkach spływają łzy...
Ostrze noża u moich nadgarstków
Głosy, którym ufałem, z uśmiechem karmiły mnie kłamstwami
...mnie... patologiczną ofiarę
Płaczę, wpatrując się w karmazynową ciecz,
Płynącą kropla po kropli, rurką
Nie jestem w stanie nawet przeciąć linii własnego życia...
...patologiczna ofiara
Biały pokój, barwiony czerwienią ran,
Pogłębię je jeszcze bardziej,
Bardziej...
Bardziej...
W tłumie,
Pełen poczucia samotności,
Niknę, nie mogąc nic zrobić
Chyba jutro już mnie nie odwiedzi...
Noc szesnastego roku życia
Noc, wypełniona przerażeniem,
Noc, drżąca z zimna,
Kłębiąca się noc, za nocą,
Słabnę coraz bardziej, zagłębiając się w noc
Chyba jutro już mnie nie odwiedzi...
Noc szesnastego roku życia
Ofiary nie mają prawa głosu
Mając dwanaście lat,
Wciąż w zamknięciu, bez promienia światła
Pomimo mych skłonności wegetariańskich,
Dostawałem raczej krwiście przyrządzone...
Kociątko
Tato... Mamo...
Pogłębię te barwione czerwienią rany,
Bardziej...
Bardziej...
W tłumie,
Pełen poczucia samotności,
Niknę, nie mogąc nic zrobić
Chyba jutro już mnie nie odwiedzi...
Noc szesnastego roku życia
Noc, wypełniona przerażeniem,
Noc, drżąca z zimna,
Kłębiąca się noc, za nocą,
Słabnę coraz bardziej, zagłębiając się w noc
Chyba jutro już mnie nie odwiedzi...
Noc szesnastego roku życia
Ucichnę, zamknę oczy,
Mając pod powiekami twarz mamy i taty
Ile byście się nie śmiali, ile byście nie płakali
Już nie wrócę
Ta zimna noc, która osuszyła wszystkie łzy,
...To pożegnanie
Podcinam sobie żyły...
Chyba jutro już mnie nie odwiedzi...
Noc szesnastego roku życia
„Śpiąca zieleń”
Obserwowany przez oczy, które pożerają robaki, duszę się
Stopniowo wraca spokój serca
Słońce niosące oczyszczenie
Nagle miesza się z dźwiękiem deszczu
Rozdarte serce drży, pytając bez celu
Biały głos Uciekający oddech W słońcu
Obscenicznie otwarta rana
Znika w pustce Zew dogmatu
Twoje wypływające serce
Ranek w półmroku i rozbrzmiewające „żegnaj”
Rozdarte serce drży, pytając bez celu
Teraz po prostu chcę być sam
Jedna gałązka wiosny
i właśnie ty, czołgająca się po ziemi, z karkiem zroszonym łzami
Pokochaj mnie
Porzuć nadzieję
„Nieznane... Rozpacz... Zagubienie”
Kiedyś byłem czymś pochłonięty
Ludzki głos Wewnątrz
Czas opadał, niczym płatki róż
Ludzki głos Na zewnątrz
Czy wierzysz w przyziemne zmysły?
Ludzki głos Wewnątrz
Nierzeczywistość, narodzona w kwiecie
Ludzki głos Na zewnątrz
Może rozbiję cię na kawałki?
Noce ciągnące się bez przerwy... specjalnie dla ciebie
Chciałbym, abyś tylko ty pokazała,
Jak oblizujesz usta
....Gdy takim się staję...
Wbrew sztuce
Nieznane... rozpacz... zagubienie
Tylko kiedy łączymy się, kochając się, stajesz się milsza
Może, skoro uwielbiasz ubliżanie, uraczę cię cukierkami i biczem?
Egoista, który zaprasza do swego słodkiego snu na jawie
Musiałem stać się tobą...
Wbrew sztuce
"Nie obawiam się umrzeć"
Pomimo tego, że drogi z tamtych czasów, po której szedłem razem z Tobą, już nie ma
Idę w dal... Być może będę mógł Cię kiedyś spotkać
Na łagodnie opadającym wzgórzu pada śnieg
Nawet jeśli wiem, że do Ciebie nie dosięgnie...
W Twoim pokoju, Twój ukochany, samotny kwiat... obecnie...
Ostatni śnieżny dzień zeszłego roku...
Gdy przypominam sobie składane nawzajem obietnice
Wszystko zaczyna topnieć i kapie z mojej dłoni
Na łagodnie opadającym wzgórzu pada śnieg
Nawet jeśli wiem, że do Ciebie nie dosięgnie...
W Twoim pokoju, Twój ukochany, samotny kwiat... obecnie...
Przypominam sobie Ciebie, jak przy oknie, w samotności, po prostu patrzyłaś na śnieg,
A ja, poprzez szybę, po raz ostatni Cię pocałowałem
No, roześmiej się... Nie płacz już...
Od tej pory zawsze już będę stąd na Ciebie patrzył
Na łagodnie opadającym wzgórzu pada śnieg
Nawet jeśli wiem, że do Ciebie nie dosięgnie...
W Twoim pokoju, Twój ukochany, samotny kwiat... obecnie...
Światło, które cicho barwi miasto bielą
- ostatnie kolory pory roku, które ujrzałaś
Pozwoliłem płynąć łzom... Rzeczywistość jest brutalna, nieprawdaż?
- ostatnie kolory pory roku, które ujrzałaś
Wraz z upływem czterech pór roku Twój kolor w końcu zgaśnie
Śnieg topnieje, a na rogach uliczek kwitną kwiaty
Koloryt, który po raz ostatni ujrzałaś, rozpływa się delikatnie
W ostatni dzień tego roku...
Pojedynczy kwiat na rogu uliczki...
Gdy spoglądam w niebo, ostatnie płatki śniegu opadają mi na dłoń...
„Ogród”
W momencie, gdy pokochałem, zacząłem się zmieniać
Gdybyś tylko spojrzała na mnie, choć raz...
Jednak ty pojawiałaś się w tamtym ogrodzie, z twarzą przepełnioną smutkiem,
Obserwując jedynie opadające kwiaty
Niewypowiedziane pragnienie zraniło mnie dogłębnie
Przed oczyma wciąż widzę niedostępną rzeczywistość...
Oby nie zapomniała mnie chociażby tamta dławiąca, sprawiająca ból atmosfera...
Ogród
Błagałem, abyśmy się kiedyś spotkali
[Zawsze]
Ogród
W tej przemijającej porze...
[Ciebie...]
Twoja sylwetka, którą obserwowałem przez tysiące nocy,
Odbija się w kolorze sepii uschniętych kwiatów
Pragnę zapomnieć
I nie chcę zapomnieć...
Nawet moje uczucia są sprzeczne
Bezsilny, stałem do samego końca samotnie...
Tylko śnieg barwił smutno krajobraz
Obym tylko przenigdy nie zapomniał...
Pragnę zapomnieć
I nie chcę zapomnieć...
Nawet moje uczucia są sprzeczne
Bezsilny, stałem do samego końca samotnie...
Obym nigdy nie zapomniał, iż czas upływa szybko,
Zmieniając się z rzeczywistości, w zanikające wspomnienie...
Właśnie ciebie pozostawię...
W najtrudniej dostępnym zakamarku mego serca...








